Jak powszechnie wiadomo wakacje są. A skoro są, to Wiedźma pracuje, a blog czeka z utęsknieniem na rok akademicki, kiedy to znów będę się literacko wyżywała. Jednak dziś czuję nieodpartą potrzebę. Wczoraj w pracy odkryłam swoje powołanie: będę pracowała w Bravo Girl i udzielała porad dziesięcioletnim nastolatkom. Ale po kolei.
Pracuje ze mną dziewczyna, którą z sobie tylko znanych, skrywanych w najgłębszych zakamarkach mojego mrocznego umysłu powodów nazwę Maryśką. Maryśka jest kobietą w kwiecie wieku, to jest ma 23 lata i w związku z jakimiś zupełnie tajemniczymi czynnikami upodobała mnie sobie, w związku z czym godzinę po poznaniu mnie zaczęła mi się zwierzać, zarzucając mój biedny umysł problemami na poziomie emocjonalnym czternastolatki i bezustannie prosząc o poradę. Ale nagle coś się zmieniło. Pewnego parnego poranka Maryśka przyszła do mnie z wiadomością, że straciła dziewictwo. Z chłopakiem swojej przyjaciółki. Jako że od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą posiadaczką udomowionego samca, w moim wnętrzu coś drgnęło, zapalając czerwoną diodę obok wbudowanego w umyśle napisu: „Uwaga: suka”. Po namyśle jednak doszłam do wniosku, że biorąc pod uwagę wiek Maryśki ( w którym to według mnie dziewictwo powinno być przymusowo leczone farmakologicznie, z pełną refundacją NFZ-u), to właściwie nic dziwnego, że brała, co dawali. Później Maryśka zaczęła się martwić, że może być w ciąży. Byłam już w fazie powolnego rozkręcania swego wykładu na temat możliwości zajścia w ciążę w jej przypadku, gdy Maryśka wyznała ze wstydliwym rumieńcem: „Ale on mi tego nie zrobił penisem, tylko ręką…”. Poczułam ogromną potrzebę uświadomienia jej, że wciąż nie wie co to seks, ale jakoś w sobie zdusiłam to okrucieństwo. Miałam też ochotę zapytać, czy zrobił to całą ręką ;-). Ehh.. Kobieta w tym wieku pyta mnie czy mogła zajść w ciążę od seksu z ręką… Zwątpiłam we wszystko, w co dało się zwątpić. Uspokoiłam Maryśkę i od tamtej pory myślałam tylko o tym, żeby szybko zapisać swoje galopujące myśli. A przyszłość w Bravo Girl stoi przede mną otworem ;-).
No dobra Lejdi, nie dajesz mi wyboru. Wiedźma zamienia się w filozofa. :) Otóż słowo, o którym dziś będziemy mówić, ten owiany mgiełką tajemnicy jak najbardziej pospolity wyraz wprowadza w naszym życiu ogromne zamieszanie. Przyjaźń. Słowo, które może oznaczać wszystko i nic, bo to zależy, co sobie ubzduramy. Z definicją przyjaźni jest tak samo, jak z definicją miłości: nie ma jednej, nie ma pięciu, nie ma nawet tysiąca takich definicji. Jest ich tyle, ilu jest ludzi, a nawet o wiele więcej, bo poglądy przeciętnego człowieka zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jedną z ulubionych ludzkich czynności umysłowych jest nadawanie nazw. Jeżeli coś nazwiemy, to nagle zaczyna się rozjaśniać w naszych móżdżkach, bo przecież w końcu wiemy, co to jest! I już wszystko jest zrozumiałe, bo możemy kogoś wepchnąć w nasz osobisty schemat przyjaźni, zaznaczyć granice, w których wolno mu się poruszać, możemy zmieniać usilnie rzeczywistość tak, by ten Ktoś pasował do naszego schematu. Nazywanie ułatwia życie zwykłym Śmiertelnikom, ale na szczęście ja i Ty już wiemy, jak bezsensowne i bezcelowe jest takie upychanie innych w granicach naszego pojmowania. A prawda jest taka, że ciężko jest dostosować się do czyjegoś wyidealizowanego modelu przyjaźni. Bo ktoś, na przykład uzna, że przyjaciel musi być przydupasem, któremu nie wolno mieć własnego zdania na żaden temat, musi się natychmiast dostosowywać do naszych poglądów i bezwarunkowo robić to, co sobie życzymy. Ja na pewno się nie odnajdę w takim schemacie. I nie zmuszam siebie do nazywania, określania, że przyjaźń jest „stąd dotąd” i kropka, ponieważ gdybym tak robiła, już dawno przestałabym wierzyć w przyjaźń. KAŻDY wyłamuje się w jakiś sposób z takich wyobrażeń, przynajmniej częściowo. Wiem, na kogo mogę liczyć, ale nie mam zwyczaju narzucania sobie, że skoro jestem czyjąś przyjaciółką, to powinnam to czy tamto, bo przyjaciele przecież tak robią. Kiedy mam blisko siebie jedną osobę, stanowi ona dla mnie już jeden konkretny schemat, do którego będzie pasować niezależnie od tego, co zrobi lub powie. Bo nie da się przekroczyć granic samego siebie. Amen. A jeśli o Klarę chodzi, to musimy dać jej szansę. Być może nas zaskoczy. :)
Dziś cały dzień spędziłam na zwiedzaniu instytucji polskiej służby zdrowia, doświadczając ich wątpliwych i niewątpliwych zalet. Najpierw byłyśmy z Leną u lekarza medycyny pracy. W kolejce do rejestracji przestałam godzinę, wypełnianie formularzy zajęło pewnie drugie tyle. W poczekalni chodziły mrówki, jedna weszła Lenie na głowę. Nie byłyśmy zachwycone. Ale później poszłyśmy do centrum krwiodawstwa w szczytnym celu oddania krwi po raz pierwszy w życiu. Od razu na samym wejściu uderzyła nas zmiana warunków lokalowych. Przyjazne kolory, klima i wszystko idealnie zautomatyzowane. Obsługa uprzejma aż do przesady, ludzie też uprzejmi, bo dlaczego mieliby być niezadowoleni? Nakarmili, pocieszyli że nie ma się czego bać, dopieścili, zabawili rozmową. Żyć nie umierać. Jestem zdrowa jak ryba. Gdy tak patrzyłam na krew ulatującą do plastikowego pojemnika, pomyślałam, że mogłabym tym napoić jakiegoś przystojnego wampirka. ;) I jak tu w takiej sytuacji nie obejrzeć kolejny raz „Zmierzchu”? W nagrodę za swoje niewątpliwe bohaterstwo kupiłam sobie sweterek. Moje samozadowolenie podskoczyło w skali o kilka ładnych punktów. Nie mogę się doczekać kiedy znów oddam krew! :D Niedługo Niebieski wróci z pracy, idę zmajstrować jakiś obiad. A na deser darmowe czekolady.
No, to jestem w końcu. Jako początkująca kura domowa odkryłam coś niesamowitego, dotąd mi nieznanego: może zaistnieć sytuacja, że nie ma się czasu pisać! Do chwili obecnej jestem w szoku. Najpierw o weekendzie słów kilka: wizyta w domu rodzinnym. Szybki przemarsz przez pół miasta z ogromną walizką, oczywiście pustą, bo po co mi ona gdy jadę do własnego domu, po prostu musiałam pożyczyć ją siostrze, która wybiera się na tydzień nad morze. Beze mnie! Następnie trzy godziny w PKS-ie i: ta-da! – postawiłam stopę na rodzinnej ziemi Salem. Wracanie do domu jest uroczo przyjemne. Ponieważ jeżdżę tam dość rzadko, wszyscy wyczekują mojego przyjazdu, w związku z czym atmosfera jest miodowo-sielsko-anielska, rodzeństwo jak do rany przyłóż, Rodzicielka majstruje niebiańskie obiadki i nawet Maj stara się być grzeczna (przez pierwszą godzinę). W Salem spędziłam dwa wspaniałe dni, po czym zaopatrzona w nowo zakupiony dla mnie przez Rodzicielkę sprzęt gospodarstwa domowego w ilości około jednej trzeciej sprzętu przeciętnej polskiej kuchni udałam się wraz z Niebieskim, który dołączył do mnie po drodze, do Siedziby Zła, czyli do jego rodziców. Teściowa-Zołza wyjątkowo była nad wyraz miła, co wiąże się najpewniej z tym, że teraz nas oboje będzie widywała rzadziej. Natomiast teść oszalał, a przynajmniej musiał dojść do wniosku, że ja Niebieskiego w ogóle nie karmię, bo zakupił nam tyle jedzenia, że do prawdy nie wiem co z nim zrobię. Po cholerę mi siedem kostek sera?! Albo dziesięć słoików przetworów owocowych? A po co mi czterdzieści jajek? Czy on naprawdę aż tak mizernie wygląda?! No, w każdym razie w milutkiej atmosferze zostaliśmy odprawieni do Tutaj. I właśnie przypomniało mi się, że przecież dzisiaj odebrałam wyniki badań na nosicielstwo salmonelli i czegoś tam jeszcze i nawet na nie nie spojrzałam! Szybko pobiegłam do torebki i wśród bałaganu, jaki w niej panuje wygrzebałam pożądany świstek papieru. No, nie wykryto żadnego diabelstwa, jestem zdrowa jak ryba. I think so. W ciągu ostatnich dwóch dni obejrzałam czwarty sezon House’a i pozostawiono mnie w stanie niemożliwej do przezwyciężenia chęci na więcej. Muszę jak najszybciej zdobyć piąty! Brak House’a mnie zabija, to mężczyzna mojego życia. Nie mogę dodzwonić się do lekarza medycyny pracy. Szlag by to trafił. :/ Ach, zapomniałam Ci się pochwalić, że okazało się, że jestem urodzonym talentem kulinarnym. I używam do tego tylko troszeczkę Magii. ;)
Czas płynie szybko. Niebieski mieszka ze mną już od tygodnia, ale prędko się nim nie nacieszę. Znalazł pracę w swoim ukochanym zawodzie i codziennie może dotykać tych ubóstwianych przez siebie przewodów, kabli czy czego tam jeszcze. Jest w siódmym niebie, w przeciwieństwie do mnie, bo nie ma go w domu całymi dniami. Zaliczyliśmy już kilka kłótni pseudo-małżeńskich ( czy jak to tam się pisze). To zabrzmi cukierkowo-harlekinowo, ale mam to gdzieś: nawet kłócić się z nim uwielbiam! Mam nadzieję, że do końca życia mi to nie przejdzie. Mogę z czystym sumieniem oficjalnie ogłosić, że od dziś mam wakacje. Kilka godzin temu na naszego maila przyszły wyniki ostatniego egzaminu, który dzięki bogom udało mi się zdać. Rok akademicki uroczyście zakończony. Byłam dziś w paru miejscach w związku z pozałatwianiem badań sanepidzkich i przy okazji na własnej skórze poznałam, co to znaczy Uprzejmość Pań Zza Okienka. Owa uprzejmość polega na uświadamianiu wszystkim wokoło swego niezadowolenia z niesprawiedliwości Losu, przez który jacyś natrętni ludzie nieustannie im przeszkadzają. W każdym razie zrobię te badania i też będę szukała jakiegoś zajęcia. Widzisz mnie, na przykład jako hostessę, gdy ze swoim Wiecznie Zadowolonym Wyrazem Twarzy uprzejmie (ha, ha!) zapraszam ludzi do skorzystania z promocji? :D Wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Jest dziś piekielnie gorąco, więc będąc w mieście usmażyłam się na skwarkę. Miejski beton mogłabym przyrównać spokojnie do ogromnej patelni. W dniach takich, jak dzisiejszy, tęsknię za Domem. Trzymam kciuki za jutrzejszy egzamin. Jestem pewna, że rozwalisz go niczym Chuck Norris. :D Wiem, że dużo czasu poświęciłaś na naukę, więc sobie poradzisz. Spróbuj podejść do tego spokojnie, chociaż wiem, że to trudne. Przypomnij sobie nasze odwieczne motto: „Kto ma zdać, jeżeli nie my?!” P.S. : Ja też za Tobą tęsknię. Już niedługo się zobaczymy, w końcu jest lato. :)
Niebieski zlikwidował niechciane gniazdo, ja stchórzyłam. To było okrutne, ale dobrze zrobił. Po co nam małe, piszczące pisklaki? Odebrałam dziś wpis od Faceta-W-Dresie. Trójka z tego przedmiotu to spełnienie marzeń wszystkich moich rówieśników-socjologów, tak więc jestem zadowolona. Poza tym dzień był wyjątkowy, ponieważ po raz pierwszy od dawna miałam do kogo wracać. Mogłam się do kogoś spieszyć. Jest tutaj, jest i zostanie już ze mną. Cały ten koszmar wreszcie się skończył, każda samotna chwila poszła w niepamięć. Opłacało się czekać na Niego, na moment, w którym przekroczył próg mieszkania, a ja mogłam powiedzieć: „witaj w domu”. Mimo wszystko strach nadal tli się gdzieś wewnątrz mnie, zasypiając tulę Go do siebie kurczowo, przerażona, jakby jutro nagle miał zniknąć, rozpłynąć się na zawsze. Jakby to wszystko to był okrutny żart Losu, który postanowił zabawić się moim kosztem, dając mi Go, by natychmiast odebrać. Minie jeszcze sporo czasu, zanim nauczę się cieszyć z Jego obecności, nie odczuwając lęku. Zanim przyzwyczaję się, że już nie muszę go tracić, że od teraz będzie obok, a nie gdzieś tam. To najszczęśliwsze dni w moim życiu! Został mi już tylko jeden egzamin, który odbędzie się w piątek. Koniec sesji, koniec problemów. Nareszcie.
Jak powszechnie wiadomo, Wiedźma nie znosi gołębi. Nienawidzę ich, ponieważ wszędzie ich pełno, zostawiają po sobie widoczne ślady swej działalności, zanieczyszczające przestrzeń miejską, są pasożytami, których egzystencja ogranicza się do żebrania o okruchy, nie boją się ludzi, są pokraczne i obrzydliwe. Dlatego nienawidzę gołębi, a właściwie nienawidziłam ich do dzisiaj, bo właśnie około godziny temu nabrałam do nich odrobinę szacunku. Otóż okoliczne gołębie są wytresowane: wiedzą, że działają mi na nerwy i zawsze przeganiam je z balkonu, dlatego gdy tylko zbliżę się do drzwi balkonowych – odlatują. Dziś postanowiłam wyjść na balkon, żeby sprawdzić, czy na dworze jest zimno. Otwieram drzwi i co widzę? Gołębia. Gołąb siedzi sobie w plastikowym wiadrze pełnym drobnych kamyków (które, bajdełej, nie wiem skąd i w jakim celu się tam znalazło, gdy się wprowadziłam po prostu już tam stało). Siedzi i widzi mnie, znajduje się około pół metra ode mnie, ja poruszam się gwałtownie, a on mimo wszystko nie odlatuje. Chwila skupienia – przyglądam się i już rozumiem: ten gołąb, a raczej ta Gołębica wysiaduje jajko. Na moim balkonie. Patrzyła na mnie cały czas i ani drgnęła, i nagle doznałam irracjonalnego przeczucia, że lada moment, jeżeli tylko zajdzie potrzeba, rzuci się na mnie z dziobem i pazurami. Będzie bronić swojego jajka. Wycofałam się, zaciągnęłam szczelnie firankę. Teraz co jakiś czas dyskretnie tam zaglądam, a ona wciąż siedzi. Jestem pełna podziwu. Ciekawe jak długo ma zamiar tam tkwić? Ludziom jest jednak łatwiej – Kobieta w ciąży może nosić swoje jajko ze sobą. Niebieski będzie za godzinę. I już nie wyjedzie, nigdy.
Odpoczywam. Po powrocie ze środowego egzaminu natychmiast położyłam się do łóżka i zasnęłam. Obudziłam się około dziewiętnastej, ale po paru godzinach znów poszłam spać. Dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem wyczerpana, minie sporo czasu, zanim w końcu uzupełnię zapasy energii. Ciągle śpię i jem, na zmianę. Wczoraj byłyśmy z Misią u Mileny, spędziłyśmy u niej całe popołudnie. W moim zamyśle miała to być integracja, ale nie sądzę żeby się udało, bo po prostu nie mamy innych tematów do rozmowy, niż te związane ze szkołą. Obejrzałyśmy dwa filmy, zagrałyśmy w monopol (a co, powrót do dzieciństwa! :) i nic poza tym. Wciąż czuję się przy nich skrępowana, ale przynajmniej już nie ukrywam swojego wiedźmowego charakteru. Może jakoś się to potoczy. Minuty mijają w żółwim tempie, jakby czas chciał zrobić mi na złość. Nie wiem czym się zająć, cała jestem jednym wielkim Oczekiwaniem. W niedzielę się wprowadzasz, o ile dożyję niedzieli, bo czekanie mnie zabija. I już nigdy więcej nie wypuszczę Cię z rąk, zapamiętaj. Dziś spędzam czas z Gregiem Housem, pociesza mnie jak umie. Oglądam wszystkie ulubione (czyli wszystkie, jakie mam) odcinki po kolei, żeby tylko czymś się zająć. Jak ja uwielbiam tego faceta! Nic mnie u mężczyzn tak nie kręci, jak Inteligencja przez duże „I”. Ale to przecież wiecie. :) Niebieski, nie dałoby się prędzej..?
Koleżanka-Z-Roku: (wpisując nazwisko wykładowcy do indeksu) Facet z filozofii ma tyle tytułów naukowych, że przed nazwiskiem brakuje mu już tylko skrótu „ś.p.”! Wiedźma: Biorąc po uwagę jego wiek, można mieć pewność, że i ten skrót uzyska już niedługo.
Przebywanie w sali podczas pierwszych pięciu minut trwania egzaminu okazało się być bezcennym doświadczeniem. Do końca życia zapamiętam te wszystkie młode twarze, na których malowało się niedowierzanie połączone z przerażeniem, gdy Facet skończył dyktować pytania. Nastała grobowa cisza i wszystkie siedemdziesiąt par oczu wpatrywało się z osłupieniem w Profesora. W powietrzu wisiała groźba ataku zbiorowej paniki, a pytanie, które każdemu zaprzątało myśli było aż nazbyt oczywiste: „Dlaczego, do cholery, nie mamy tego na ściągach?!”. Ja osobiście (podejrzewam, że podobnie jak przynajmniej część pozostałych Studentów) poszłam nienauczona. I jeśli kiedykolwiek zachce mi się nie chodzić na tak ważne wykłady, to błagam: niech mnie ktoś wtedy kopnie tyłek! Próba nauczenia się tego w przeciągu jednego wieczoru zakończyła się spektakularnym fiaskiem w postaci nieplanowanego zaśnięcia o drugiej po północy. Po wkręceniu czegoś na temat klasycznej definicji prawdy i rozwinięciu tej myśli na możliwie największą ilość znaków, ze stoickim (sic.!) spokojem odłożyłam długopis i rozpoczęłam rozmyślania na zupełnie oderwane od filozoficznej rzeczywistości tematy. Na szczęście Monia zlitowała się jakiś czas później nade mną i podała mi ściągę, więc mogłam przepisać kolejną część zagadnienia. Jest raczej pewne, że rezultat mojej wesołej twórczości znajdzie się wśród tych, które upadną na podłogę, a nie na stół podczas wstępnej selekcji mającej na celu zadecydowanie, które prace należy sprawdzić. No, chyba że ratuje mnie ładny charakter pisma (w tle ledwo dosłyszalny, żałosny śmiech). Do września zdążę się nauczyć. Po egzaminie zatrzymano nas w sali z prośbą, żebyśmy wypełnili ankiety do badań ewaluacyjnych. Ależ miałam pole do popisu! Nadeszła chwila skromnej, acz satysfakcjonującej zemsty, gdy zakreślałam równiutkie, bezlitosne pętelki wokół dwójeczek przy nazwiskach znienawidzonych wykładowców. Warto było wypełnić w tym celu aż dwadzieścia pięć bzdurnych ankiet. Po powrocie z uczelni niemal natychmiast zasnęłam i wstałam dopiero niedawno. Zaraz zabieram się za wkuwanie, bo jutro egzamin u Siergieja. A później upragniona chwila oddechu.
Zajebista zdolność ukrywania emocji znalazła zastosowanie po raz kolejny. Dzięki owej zdolności nie rozszarpałam Szczsz na strzępy, gdy wymawiał przeklęte słowa, które na długo pozostaną w mej pamięci: „włożyła pani w tę pracę zbyt mało zaangażowania”. Po tych słowach nastąpiło w zwolnionym tempie zbliżenie na moją twarz, która najprawdopodobniej wyrażała coś na kształt nieśmiałej aprobaty, a przynajmniej w zamyśle miała takową wyrażać; następnie zastosowano mgliste przejście do kolejnej klatki, sugerujące że najbliższy fragment filmu ukaże zwizualizowane myśli głównej bohaterki. W myślach widziałam Tego Przeklętego Faceta, który jęcząc z zakrwawioną twarzą błagał mnie, abym przestała uderzać jego głową o podłogę. To było tak realistyczne, że niemal fizycznie czułam jego włosy w swojej zaciśniętej dłoni. Powróćmy do wydarzeń realnych. Ten Przeklęty Facet siedział i czekał, aż przyznam mu rację! Miałam ochotę w dość dosadny sposób wyjaśnić mu, że do jasnej Anielki siedziałam nad tym nieszczęsnym esejem trzy dni, łącznie z nocami i wyrazić swoje zaciekawienie na temat tego, jak on w takim razie rozumie słowo „zaangażowanie”, jeżeli nie właśnie przez to! Zapragnęłam natychmiast dać mu do zrozumienia, że treść pracy, posiadającej wątpliwą wartość naukową nie przekłada się w żaden sposób na trud włożony w jej powstanie! A wiecie, co powiedziałam? „Tak, myślę że można tak powiedzieć”! Jestem mistrzem hipokryzji. Lata praktyki. Prawoznawstwo zaliczyłam na trzy. Mimo, że nie jest to ocena zadowalająca moje ambicje, to powinnam dziękować za nią bogom, bo za to, co wydukałam, sama sobie wstawiłabym ogromną dwóję. Taką na trzy rubryki. Bez możliwości poprawy. Jutro czeka mnie Filozofia. Filozofia ma to do siebie, że tworzą ją zbyt mądrzy ludzie, przez co zwykłym śmiertelnikom, tudzież Wiedźmom nie jest ona dostępna w formie, którą możnaby uznać za w pełni zrozumiałą i satysfakcjonującą. Polubię filozofię wtedy, gdy ją zrozumiem (czyt. nigdy lub za bardzo długi okres czasu). A na razie wpajam sobie coś, czego nie rozumiem i nienawidzę. Jest sam środek Sesji. Kiedy ja się w końcu wyśpię?! ?! No przecież: po śmierci.